Mass Effect 2

W Mass Effect 2 miałem ochotę zagrać z kilku powodów. Po pierwsze- produkcja ta należy, przynajmniej częściowo, do mojego ulubionego gatunku gier fabularnych. Po drugie- tworzy je studio, dzięki któremu gry fabularne pokochałem.  Po trzecie- poprzednia część była po prostu wspaniała.

Przyznam szczerze, iż drugą część przygód Widma Shepard(a) ma prawo zwać się RPG’iem tylko umownie. Nie zmienia to jednakże faktu, że ta gra już teraz nazywana być powinna kandydatem do gry roku. Dlaczego? Ponieważ dzięki niej można przesiedzieć na tyłku łącznie kilkadziesiąt godzin, gapiąc się w ekran i obserwując wydarzenia. Im dalej udało mi się dojść, tym bardziej chciałem się dowiedzieć, cóż tam na mnie w finale czeka. Niestety, zawiodłem się. Częściowo.

Dobra historia to jedyne, co może mieć wpływ na nazwanie przez wszystkich tej gry “rolplejem”. Przejdźmy zatem do meritum: Shepard, komandor ludzkiego wojska, dowódca statku Normandia oraz Galaktyczne Widmo, zostaje zaatakowany w przestrzeni kosmicznej przez nieznany obiekt. Chcąc ratować swoją załogę dzielnie biegnie po ostatniego głupca, który liczy, że da radę obronić statek. Niestety, jego pragnienie pozostaje mrzonką, gdyż SSV Normandia rozsypała się w próżni. Podobnie jak Shepard.
Zaczyna się zatem od mocnego uderzenia. Pomyśleć, jaki to początek pierwszej części był przegadany i nudny…

Po tym jakże emocjonującym prologu rozpoczyna się proces tworzenia postaci. Tutaj przydaje się zapis stanu gry z poprzedniej części. Jeżeli nie wczytamy żadnego, zdecyduje za nas BioWare oraz wybrany przez nich kanoniczny początek.
Jeżeli chodzi o samo tworzenie, wybieramy po prostu profesję oraz modelujemy twarz. Tak, to koniec, można rozpoczynać. Co jest małym zaskoczeniem, to jeszcze bardziej uproszczone zostało drzewko umiejętności, których ilość nie przekracza teraz ośmiu po cztery poziomy każda.

A to niespodzianka! Shepard zmartwychwstaje po dwóch latach śmierci klinicznej. Dlaczego, jak to możliwe?- zapytacie. Otóż, pewna organizacja ma do naszego protagonisty interes (no bo o cóż by innego mogło chodzić). Jest to jednak sprawa wagi bardzo wysokiej. Z ludzkich kolonii porywani są mężczyźni, kobiety i dzieci. Komandor zostaje wysłany na pokładzie kopii Normandii stworzonej specjalnie dla niego, by zbadać, o co chodzi i położyć temu kres. By jednak poszło po jego myśli, pewien jegomość- Illusive Man, proponuje mu dobranie towarzyszy podróży. Żeby było śmiesznie, każdy siedzi sobie w innym zakątku galaktyki, a żeby nas dobić, żadna z tych postaci nie dołączy, dopóki czegoś się dla niej nie zrobi.

Nie zdradzając nikomu dalszego toku wydarzeń podsumuję jedynie i powiem, co sądzę o fabule i wyborach z pierwszego Mass Effect mających “wpływ”  na dwójkę.
Historia jest opowiedziana bardzo dobrze, to fakt.  To jednak niczego nie zmienia, całość jest liniowa, a konsekwencje wyborów moralnych mają jedynie kosmetyczny wpływ na przebieg zdarzeń w dwójce. Zaczną przychodzić do nas maile od wszystkich znanych nam ludzi, dwa zadania poboczne zmienią nieco swoją postać, towarzysze, którzy przeżyli pojawią się, ci którzy nie (o zgrozo!), po prostu ich nie spotkamy.

Siłą rzeczy trzonem rozgrywki jest na przemian gadanie i strzelanie. O ile to pierwsze jest zjawiskiem nader przyjemnym, o tyle sekwencje strzelankowe są dosyć nieudolne.

Co by nie mówić, charakterystyczne dla Mass Effect dialogi są po prostu świetne. Modele tak wiernie oddają gesty i ruchy wykonywane przez postaci, a praca kamery jest tak widowiskowa, że przez chwilę można by porównać tą grę do filmu. Pozostał wybór kwestii, które nasz bohater może wypowiedzieć, a co wiąże się z nowym systemem karmy. Aby jednak nie robić sequela na siłę, nie wprowadzając wiele nowego, twórcy udowodnili, iż zależy im na jakości. W niektórych momentach Shepard będzie poddawany próbom, które sprawią, że naszą postać będą postrzegać jak bohatera, bądź tyrana. Polega to mniej więcej na wciśnięciu odpowiedniego przycisku w wyznaczonym momencie. Dzięki takim akcjom, miast sztywnych dialogów ujrzymy, jak komandor leczy rannego NPC, bądź uderza kroganina “z bańki”. Jednak nic na siłę, może obyć się i bez tego, rozmawiać dalej. Cóż mógłbym rzec, bardzo podoba mi się takowy system.

Jak już wspominałem, oprócz chodzenia i wymieniana poglądów Mass Effect 2 zawiera także drugi styl, jakim jest eksploracja terenu oraz strzelanie. Poprawiony względem poprzedniej części został system chowania się za przeszkodami (zwanymi także osłonami), które dziwnym trafem znajdują się dosłownie wszędzie. Na plus produkcji należy zapisać rezygnację z nieskończonej ilości amunicji. Było to według mnie dość irytujące, gdyż teraz, dzięki możliwości uzupełniania amunicji (tzw. pochłaniaczy ciepła), sprawia większe wyzwanie, co nie zmienia faktu, że nadal jest łatwa.
Co jednak mi się nie podoba? Niestety, samo strzelanie. Jedynie elementy taktyczne, takie jak rozkazywanie towarzyszom, pozwalają mi potwierdzić, iż nie gram w tańszą wersję Gears of War. Poza tym wszystko wygląda mniej więcej tak samo, tylko bardziej sztywno. Przykre, ale muszę stwierdzić: strzelaniny w grze są tak nudne, jak system walki w Wiedźminie.

Nie bez powodu na samym początku recenzji wspomniałem o kandydacie do gry roku. Twórcy konsekwentnie rezygnują z wad produktu zastępując je nowym, lepszym. O czym mówię? Głównie o Mako, windach, mini- grach  oraz o zadaniach pobocznych.

Mako, słynny pojazd wykorzystywany w pierwszym Mass Effect do eksploracji terenu został odesłany na emeryturę. A skoro o eksploracji mowa, nowa mini- gra znacznie ułatwi nam szukanie surowców i anomalii na planetach. Polega to na skanowaniu oraz wyszukiwaniu większych złóż Pierwiastka Zero, Platyny, Irydu, Palladu. Te będą nam potrzebne do ulepszeń broni, pancerzy i, nomen omen, statku.
Poza tym w grze znalazło się miejsce dla dwóch innych mini- gierek. Jedna z nich to cholernie irytujące szukanie fragmentów kodu, druga, ta przyjemniejsza, przypomina nieco Memo, gdzie połączyć należało dwa identyczne wzory.

Usunięta została psychodeliczna winda z relaksującą muzyczką oraz fragmentami wypowiedzi z radia. Czym została zastąpiona? Starymi, dobrymi ekranami wczytywania z poradami na dole ekranu. Są one na tyle przyjemne i kolorowe, że trudno by się wściekać na przydługie loadingi.

Zadania dodatkowe poniekąd spotkał taki sam los, jak Mako. Wątków pobocznych jest może kilkanaście, z czego połowa to wątki dotyczące zdobycia lojalności towarzyszy (a ta nieodzowna jest przy odblokowaniu dodatkowych mocy oraz jednego, pożądanego przeze mnie zakończenia). Każde zadanie to inny teren działania oraz inny cel. Lokacje już się nie powtarzają. “Oby tak dalej!”- chciałoby się rzec. Gdyby było ze wszystkim aż tak różowo, nazwałbym tą produkcję grą dekady. Ale nie nazwę.

W pogoni za zmianami uległ im także system rozdawania punktów doświadczenia i ekwipunku. Mogłoby to studiu BioWare ujść na sucho, ale przesadzili.

Ekwipunek w pierwszym ME podobał mi się. W pewnym momencie było z tym dużo bałaganu, za duży wybór, za dużo usuwania…ogólnie wszystkiego za dużo. Teraz, o ironio, jest za mało. Trzy karabiny na krzyż, trzy strzelby na krzyż, trzy pistolety na krzyż. Do tego większość trzeba znaleźć samemu, gdyż inaczej do końca gry będziemy biegać z tym samym. Podobnie, jeśli chodzi o zbroję. Zamiast kupować całkowicie nowe, można jedynie kupić wybrane części, dające bonusy do poszczególnych statystyk.

Punkty doświadczenia oraz gotówka, które niegdyś zbierało się za pokonanego przeciwnika, tutaj zdobywana jest pod koniec każdego zadania, podczas trwania tak zwanego “raportu”. Jest to nic innego jak podsumowanie wątku i odebranie stosownej nagrody. Może nie jest to dla mnie o tyle wielką wadą, co po prostu uproszczeniem. Niezależnie od ilości pokonanych przeciwników doświadczenie przyznawane jest i tak za samo ziszczenie celu.

BioWare nie mogło nachwalić się, jakie to postaci w drużynie są wyraziste i oryginalne. Owszem, mogę przyznać im w tym aspekcie rację. Zdenerwował mnie jedynie jeden element. Każdy(podkreślam, KAŻDY) ma do załatwienia pewną osobistą sprawę. W końcu prosi nas o pomoc. Na szczęście nie jest konieczne wsparcie ich. W pewnym momencie gry chciało ze mną porozmawiać czterech towarzyszy, każdy jeden zwierzył się ze swoich problemów i prosił o załatwienie ich. Przez to postaci straciły na swoim uroku, granice, różnice między nimi zacierają się, mimo że mają zupełnie inne charaktery.
Coś jeszcze? Ach tak, nie ma już absolutnie żadnego znaczenia, prócz naturalnie umiejętności, kogo bierzemy do oddziału. Postacie praktycznie w ogóle nie wygłaszają swoich opinii, żaden nie wtrąca żadnego monologu, nie wychodzi z żadnym dialogiem. Po prostu jest, a szkoda. Widząc to, co zrobiono z bohaterami Dragon Age liczyłem na choć namiastkę tego w Mass Effect 2 .

Ma swoje wady, ale niweluje je ilością zalet oraz stosunkiem zmian. Nie mamy już tak naprawdę do czynienia z typowym sequelem. Dlatego też za odwagę i chęć wprowadzenia zmian należą się kanadyjskiemu studiu słowa aprobaty. Całe kilkanaście godzin, które spędziłem przy tym tytule utwierdziły mnie w przekonaniu, iż uniwersum Mass Effect’a jest tak wiarygodne i wciągające, jak uniwersum Gwiezdnych Wojen. Wszystkie zawiłości, zwroty akcji, generalnie wszystko w tej grze kupuję. A skoro mowa o kupowaniu, warto wspomnieć o wspomaganiu produktu poprzez Downloadable Content. Dodatkowe przygody niewątpliwie sprawią, iż z chęcią zasiądę do tego tytułu jeszcze raz. Jestem jednak pewien, że jedna z większych premier szybko zrzuci Mass Effect 2 z piedestału.

Skomentuj artykuł

Zostaw swoje słowa

Nie publikujemy adresów email


*