Częstotliwość grania

Ostatnio naszło mnie nieco na małą refleksję. Temat rzeka, czyli ciągłe narzekanie, że obecne gry są zbyt krótkie i dają mało frajdy to elementarny gość każdego wątku na dowolnym forum traktującym chociaż w odłamkach o grach wideo. Patrząc na siebie dochodzę do wniosku, że radość jaką czerpię z tej pasji jest jeszcze większa, niż kiedyś…

Czasy świetności pierwszej konsoli Sony to moje młodzieńcze kroki w bogatym świecie bohaterów ratujących ludzkość, zagład nuklearnych, torów wyścigowych i zaśnieżonych boisk (ach to pamiętne UEFA Champions League otrzymane od brata i mecze z Borussią w śniegu!). Wówczas dla mnie podstawowym medium dostarczającym informacji na temat raczkującego hobby był strasznie drogi Oficjalny Polski PlayStation Magazyn. Stanowił on kolebkę wiedzy – każdy numer dostarczał masy wiadomości o grach, a dodatkowo, chyba najważniejszym punktem, był krążek.

Czarny jak perła skrywał w sobie dema i zwiastuny, niejednokrotnie lądując w japońskim czytniku. Wtedy nawet w demo potrafiło się grać tygodniami, a pierwsze strony magazynu – zazwyczaj przepełnione reklamami sklepów – przyprawiały o istny ślinotok spędzony na oglądaniu niezliczonych okładek i wręcz zawsze bolących cen. I choć same teksty to tak naprawdę w większości tłumaczenia artykułów z zagranicznego wydania, tak dla kilkuletniej jednostki nie miało to zbyt dużego znaczenia. Czytać już potrafiłem, choć chyba największą atrakcją były obrazki…

O tych rzeczach się marzyło…

Growocentryzm

Dzisiaj, Drogi Czytelniku, otoczony jesteś ze wszystkich stron wiadomościami, galeriami i filmami na temat każdej produkcji. Na rynku dostępnych jest kilka czasopism, w sieci istnieją setki serwisów, a reklama rozwinęła się tak, jak cała nasza branża, która non stop ewoluuje. Developerzy co rusz wymyślają coraz ciekawsze akcje, aby tylko zwrócić uwagę na swój produkt – dobrym przykładem ostatnich tygodni może być zbieranie Facebookowych kciuków (“Lubię to!”) w celu odblokowania zwiastunu Battlefielda 3, czy też coś bardziej świeżego – przeglądarkowy tytuł mający jeszcze bardziej zintegrować nas z uniwersum Resistance.

Zauważ, że pomimo wciąż (niestety) dużej skali piractwa, jesteśmy pasjonatami zdolnymi pomóc w każdej chwili. Skrótem myślowym nawiązuje do inicjatywy “The Humble Indie Bundle”, w której niezależni twórcy oferują swoje gry na sprzedaż za dowolną kwotę. Może to być jeden cent, albo nawet kilkaset dolarów – płacisz tyle, ile chcesz.

Przy okazji możesz też pomóc, bo to Ty samemu określasz, do kogo wędrują pieniądze i w jakiej ilości, a opcje są trzy: producent, fundacje Child’s Play i EFFA oraz zespół przygotowujący stronę i zaplecze reklamowe. Ostatnia, trzecia już edycja, osiągnęła spektakularny wynik gromadząc ponad 2 miliony dolarów (około 6 milionów złotych)!

Trendem wartym odnotowania są też konferencje – niegdyś dostępne tylko dla elit i niemalże abstrakcyjne dla przeciętnego, polskiego Gracza, teraz zaś w zasięgu kliknięcia dla każdego przez internet. Komentujesz, kontemplujesz, jesteś wręcz w środku tego, co się dzieje. Ba, niekiedy – chociażby tak jak ja – decydujesz się nawet na pobudkę o 3 nad ranem, aby nie przegapić prezentacji Sony, jak miało to miejsce w czerwcu w czasie targów E3 w Los Angeles.

Pasywnie lub aktywnie

Trzeba zatem stworzyć mały podział. Żelaznej bramy wprowadzać nie trzeba, ale podzielenie grania na aktywne i pasywne wydaje się być rozsądne.

Pierwszy typ jest oczywisty – wygodnie rozsiadasz się w fotelu przed telewizorem i z padem w ręku wyżynasz kolejne hordy zombiaków. Pod pojęciem pasywności ukazać trzeba to, nad czym spędzamy znacznie więcej czasu, niż kiedyś – czytanie, zaglądanie na ulubione serwisy  traktujące o tej tematyce i analizowanie rynku.

Drugi rodzaj silnie przyczynił się do wykształcenia społeczności, zwłaszcza tych internetowych. Jak to bywa, nie wszystko jest idealne, w związku z czym spotykamy się dzisiaj zdecydowanie za często z potocznie określanymi “wojnami fanboyów”, w których zwolennicy konsoli czy też marki wojują nad wyższością jednej nad drugą. Szczególnie aktywnie jest ostatnio na linii frontu pomiędzy Call of Duty, a Battlefieldem… Takie zjawiska są nieuniknione – analogicznie występują między innymi w sporcie, czy przede wszystkim w polityce.

Na głębokie morze

Ponadto wytworzyło się sporo paradoksów. Kiedyś cała rzesza Graczy walczyła o skuteczne “wypromowanie” naszej wspólnej pasji, aby w końcu były na równi z muzyką lub też filmem. Dążyliśmy, aby wyjść z podziemia subkultury na grunt popkultury, który spopularyzowałby to medium. W końcu jak do tego doszło i wymagało to, powiedzmy, pewnych ustępstw (chociażby ułatwienia w rozgrywce), zaczął się słynny bój wyśmiewający “casual gamerów”, czyli tzw. graczy niedzielnych. Bardzo głośno było o tym mniej więcej w latach 2005-2008, a potem… po prostu do tego przywykliśmy.

Nie możemy oczekiwać, że stale będziemy zamkniętą grupą geeków – musieliśmy i nadal musimy przyjmować pewne zmiany. I choć dużo osób narzekało, bo faktycznie niektóre decyzje bywały absurdalne, tak patrząc na wykreowane w tej generacji serie jak Assassin’s Creed, Gears of War, Mass Effect, Uncharted, Bioshock, nie możemy mieć wątpliwości, że wyszło to na dobre.

Naprawdę, wiele toczonych dyskusji jest bezsensownych. Zapominamy o tym, jak branża i my – Gracze – jej motor napędowy – zmieniliśmy się i zmieniamy. Nieco za dużo jest też w nas nostalgii, bowiem stale odnosimy się do wielu starych tytułów, mówimy o ich wyjątkowości, niemała grupa osób podkreśla, że kiedyś sprawiało jej to więcej frajdy. Częściowo mają rację, ale to też wiąże się z naszymi wspomnieniami, wydarzeniami w życiu i po prostu początkach angażowania się, zauroczenia w czymś wówczas nowym i jeszcze nieznanym. Starajmy się także dostrzegać piękno współczesnych produkcji.

Graczu! Żyjesz w pięknych czasach. Wykorzystaj to, rozwijaj swoje hobby i szanuj je – jesteśmy niepowtarzalną społecznością. Nie trać czasu na zbędne kłótnie, tylko graj, poznawaj nowe światy i baw się.

Skomentuj artykuł

Zostaw swoje słowa

Nie publikujemy adresów email


*